Dzień czwarty, ostatni – Szkolenie słoni

Słonie w Imire to ewenement na skalę światową. Dlaczego? Otóż podobnie jak nosorożce z uwagi na ciosy – popularnie zwane kłami – stanowią łakomy kąsek dla kłusowników. I za sprawą właśnie kłusowników, których uczą się tropić są tak wyjątkowe. Słonie w Imire wraz ze swoimi opiekunami szkolą się w celu tropienia kłusowników.

Słonie w Imire to ewenement na skalę światową. Dlaczego? Otóż podobnie jak nosorożce z uwagi na ciosy – popularnie zwane kłami – stanowią łakomy kąsek dla kłusowników. I za sprawą właśnie kłusowników, których uczą się tropić są tak wyjątkowe. Słonie w Imire wraz ze swoimi opiekunami szkolą się w celu tropienia kłusowników. To bardzo inteligentne zwierzęta, które jako jedne z niewielu na świecie przechodzą proces szkoleniowy bez użycia siły. Nie przymusza się tu zwierząt do niczego, nagradza się je za postępy w nauce, ale nigdy nie stresuje i nie karze. Słonie wraz ze swoimi opiekunami stanową jedną wielką rodzinę. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu. Wędrują po buszu, śpiewają i uczą się sztuczek. Ale najważniejsze, że ich umiejętności są potem wykorzystywane do jeszcze skuteczniejszej ochrony całego rezerwatu. Dziś nasza ekipa miała poznać słoniową rodzinę i wziąć udział w niezwykłym szkoleniu.

 

Znów zaczęliśmy od wykładu na temat zachowania tych zwierząt. Mieliśmy najpierw przyzwyczaić je do naszej obecności. Potem nakarmić, a na koniec wziąć udział w lekcji tropienia intruzów. Kiedy z daleka zobaczyliśmy majestatycznie poruszające się ciała trzech dorosłych osobników, nasz entuzjazm zmienił się w lekkie podenerwowanie. Mieliśmy zaraz stanąć oko w oko z tymi olbrzymami, w ich naturalnym środowisku, bez ogrodzeń, zabezpieczeń czy krat. Najpierw nasza grupka, trzymając się w pewnej odległości od stada, grzecznie wędrowała równolegle do niego. Pozwalaliśmy w tym czasie oswoić się słoniom z naszą obecnością, wywęszyć nasz zapach, dać poczucie, że nie niesiemy zagrożenia (nie wolno nam było głośno rozmawiać, gwałtownie się przemieszczać czy wykonywać innych niekontrolowanych i niepokojących ruchów). Grzecznie tak sobie dreptaliśmy razem, choć tak naprawdę to słonie dreptały, a my musieliśmy szybkim, acz godnym krokiem za nimi podążać. Kiedy w pewnym momencie słonie zatrzymały się na posiłek i zaczęły obgryzać liście z drzew, my również zatrzymaliśmy się nieopodal, czekając na rozwój sytuacji.

 

 

Przewodnik poinformował nas, że jedna z żelaznych zasad kontaktu ze słoniem to pozwolić mu samemu się do siebie zbliżyć. „To słoń podchodzi do ciebie, nie ty do słonia, to słoń musi chcieć ciebie poznać, nie odwrotnie” – usłyszeliśmy poważny ton rangera. I rzeczywiście – słonie poskubały trochę liści, po czym wyraźnie zainteresowały się naszą grupką. Najstarszy z nich, Mac, majestatycznie zaczął zmierzać w naszym kierunku. Po plecach przeszły nam ciarki, jeden ruch głową tego olbrzyma albo kopnięcie i po nas!

Przewodnik ustawił nas w jednym rzędzie, a Mac podszedł i po kolei witał się z każdym, obwąchując nas uważnie, dotykając trąbą naszych ramion i głów. To było niesamowite!!! Z zapartym tchem czekaliśmy na swoją kolej. Jedyna myśl, która przechodziła nam przez głowę, to: co się stanie, jeśli przewodnikowi stada nie spodoba się ktoś z nas?!

Po ceremonii powitalnej, każdy z nas otrzymał garść smakołyków i mogliśmy po kolei pojedynczo nakarmić słonia z ręki. Wrzucaliśmy mu jedzenie do trąby, a on zwinnie wkładał je sobie do buzi. To było niezwykłe uczucie. Mac był bardzo delikatny, a jego powolne, płynne ruchy działały wręcz kojąco. Lody zostały przełamane, a nasza ekipa zaakceptowana – mogliśmy przystąpić do ćwiczeń.

 

Zadanie było następujące. Znów podzieliliśmy się na dwa zespoły. Trzech ochotników otrzymało zadanie schowania się gdzieś w buszu. Słonie najpierw obwąchały nasze buty, po czym ruszyliśmy, krążąc i klucząc przez busz w kierunku wzgórza porośniętego krzakami, gdzie mogliśmy się ukryć. I znów pierwsza myśl, która przychodziła nam do głowy: skoro słonie mają nas tropić jak kłusowników, czy na koniec nie okaże się, że będą nas chciały zadeptać i zlikwidować…? Jednak ciekawość była silniejsza. Kiedy w końcu dotarliśmy na nasze stanowisko, przewodnik dał znać przez krótkofalówkę ekipie tropiącej, że mogą ruszać – i zaczęło się. Słonie na jeden sygnał wzniosły trąby do góry i zaczęły węszyć, jakby peryskopem skanując powietrze. To był niesamowity widok. Potem rozpoczęły marsz dokładnie po naszych śladach.Wszędzie tam, gdzie zataczaliśmy kręgi, kręciliśmy ósemki, zawracaliśmy – słonie niemalże odrysowywały naszą trasę, zupełnie jakby podążając ołówkiem na kartce po linii naszych śladów. To naprawdę działało! Po jakichś 30 minutach oczekiwania, mimo że siedzieliśmy cichutko skuleni na wzgórzu za krzakami, poczuliśmy oddech Maca na karku: „A kuku! Mam was!” – zdawał się mówić do nas zadowolony z siebie słoń. Ale jeszcze większą radość z udanego tropienia wykazywali opiekunowie i właścicielka rezerwatu, Judy Travers, która dołączyła do grupy tropiącej i teraz głaskała słonie, dziękując im za wspaniale wykonane zadanie. To wielki przełom dla rezerwatu.

 

Imire to rezerwat dzikiej przyrody, którego właściciele – rodzina Traversów – mocno wierzy, że programy ochrony naszego naturalnego dziedzictwa połączone ze świadomą turystyką mogą pomóc w przetrwaniu ginących ekosystemów. Wizją Imire jest poprawa relacji między turystyką a programami ochrony poprzez długoterminowe, zrównoważone zarządzanie środowiskiem i projekty dla wolontariuszy. Więcej o Imire możecie dowiedzieć się ze strony: http://www.imire.co.zw